The Power of Routine

niedziela, 28 września 2014 19:36


Jakiś czas temu wydawało mi się całkiem oczywiste, że na zajęciach z dziećmi (zwłaszcza w wieku przedszkolnym) trzeba ustalić jakąś klasową rutynę i się jej mocno trzymać. Jak się jednak okazało nie dla wszystkich jest to tzw. oczywista oczywistość ;). Mój wpis NIE ma oczywiście na celu uświadomienia wszystkim, że ja wiedziałam, a inni nie (co za głupki), tylko wytłumaczenie dlaczego rutyna jest tak ważna i co możemy osiągnąć dzięki jej wprowadzeniu.


French, English, Russian, German, Spanish...

piątek, 26 września 2014 11:33


Witajcie! Dziś z okazji Europejskiego Dnia Języków wpis trochę nietypowy, bo niepoświęcony nauczaniu, a przynajmniej nie nauczaniu przeze mnie ;). Opowiem Wam o tym jakich języków, w ciągu mojego nie tak krótkiego już życia, uczyłam się ja i co z tego wyszło :).

1. Francuski

Tak, to właśnie francuski jest (albo był) moim tzw. drugim językiem. Uczyłam się go od 1 klasy podstawówki - tak wybrała Mama. W sumie jakbym była nią to myślę, że mogłabym zrobić podobnie. Doszła po prostu do wniosku, że angielskiego i tak się prędzej czy później nauczę. I miała rację! A dzięki temu, że przygodę z takim trudnym językiem jak francuski zaczęłam tak wcześnie, to jego opanowanie przyszło mi całkiem łatwo. 

W podstawówce wręcz, powiem nieskromnie, szło mi świetnie. Od 1 klasy podstawówki do (chyba) 2 gimnazjum (tak, byłam pierwszym rocznikiem, któremu wprowadzili gimnazjum) mieliśmy jedną nauczycielkę, która szczerze powiedziawszy wpasowywała się w stereotypy i już zawsze gdy pomyślę "nauczycielka od francuskiego", będę miała jej obraz przed oczami. Ciężko to nawet opisać, ta kobieta po prostu żyła w swoim, francuskojęzycznym świecie ;). Czy była dobrym nauczycielem, sama nie wiem, czegoś tam nas nauczyła, a przynajmniej mnie. Nigdy nie zapomnę jak w 3 klasie gimnazjum przyszła nowa nauczycielka (której nawet imienia nie pamiętam) i zrobiła nam sprawdzian z koniugacji czasowników nieregularnych, Dostałam z niego 6. Jak dziś o tym pomyślę, to nie było to wcale aż tak trudne wykuć ileś tam czasowników w różnych formach na pamięć, a jednak byłam z tego bardzo dumna. Zwłaszcza, że owa nauczycielka powiedziała mi potem, że naprawdę mam potencjał i powinnam swoją przygodę z francuskim kontynuować. Tak też się stało. W liceum poszłam do klasy o tzw. profilu DELF, czyli z rozszerzonym francuskim, po której skończeniu powinnam iść i zdać bez większego problemu egzamin certyfikujący. Tak się jednak nie stało. Poziom francuskiego jak na to, że byłam w takiej a nie innej klasie był rażąco niski... Po roku poszłam zdawać pierwszą część egzaminu DELF (nawet nie wiem jak to się ma teraz do tych wszystkich A, B, C...) z własnej nieprzymuszonej woli i właściwie korzystając z wiedzy, którą wyniosłam z gimnazjum, bo wierzcie mi - nie z liceum... Udało się! Ale do kolejnych prób już nie podeszłam, bo ucząc się w liceum, czułam wszystko, ale na pewno nie to, że robię jakiś progres...

Mimo wszystko francuski wciąż był językiem, w którym czułam się pewniej, dlatego też wybrałam go jako język, który chciałam zdawać na maturze.  Muszę przyznać się do czegoś, z czego w sumie dumna nie jestem, a mianowicie, że w liceum to szłam raczej po najmniejszej linii oporu - nauka nie należała wtedy do moich ulubionych zajęć, a dobrze zdana matura nie była moim priorytetem. No i chyba właśnie dlatego najlepiej poszła mi część językowa - nie trzeba było się do niej jakoś specjalnie uczyć, albo się miało ten język w miarę opanowany albo nie...

Mojego podejścia pożałowałam pierwszy raz jak przyszło do składania papierów na studia. Okazało się, że nie mam zbyt dużego wyboru. Mama chciała, żebym spróbowała swoich sił na psychologii, ale moje wyniki maturalne mówiły raczej "zapomnij", ja z kolei myślałam o zarządzaniu, bo chyba przyjmowali tam dużo osób i widziałam jakiś cień szansy. Na szczęście (mówię to całkiem szczerze!) przytomnie pomyślałam też o filologii. Mimo że wtedy nie wiedziałam jeszcze z czym to właściwie się je, złożyłam papiery na romanistykę na UW. No i dostałam się! 

Potem dopiero okazało się jak ciężkie lata będę miała przed sobą ;). No naprawdę muszę powiedzieć, że lekkie to te studia nie były, ale dałam radę! Mimo, że zajęło to 6, a nie 5 lat jestem dziś magistrem filologii romańskiej i naprawdę jestem z tego dumna. By trochę to zobrazować, powiem Wam, że na roku zaczynało ze mną ok 70 osób (łącznie na wieczorowych i dziennych studiach), a skończyło chyba z 25. Także sam fakt wytrwania do końca można uznać za swój osobisty sukces.

Tak więc francuski znam :). Przez większość studiów wykorzystywałam to intensywnie i udzielałam korepetycji. Jednak od jakiegoś czasu trochę go zaniedbałam na rzecz angielskiego i wciąż myślę, że powinnam to zmienić. Ale z braku czasu i funduszy (są inne priorytety, np. zakupy w Tigerze ;P) póki co się nie udało.

2. Angielski

Sama często się zastanawiam gdzie ja się właściwie tego angielskiego nauczyłam. Bo nie w podstawówce, gdzie miałam francuski ani nie w liceum, gdzie (UWAGA!) jako drugi język w klasie DELFowskiej dali nam (God knows why...) niemiecki. Szkolny angielski miałam jedynie w gimnazjum, przez 3 lata po 2 godziny tygodniowo i, jak sami możecie się domyśleć, oszałamiających efektów to nie przyniosło. Potem w liceum chodziłam trochę na zajęcia do szkoły językowej, ale chyba dopiero na studiach wzięłam się za to naprawdę poważnie. 

Jak to często bywa, listening czy reading nie były dla mnie od jakiegoś czasu większym problem. Jakoś tak już mam, że niewiele mi trzeba do opanowania sprawności receptywnych. Gorzej było z produkcją, a z gramatyką to już w ogóle masakra... A na studiach, przynajmniej na UW, bodajże po trzecim roku trzeba było zdać egzamin z języka na poziomie B2. Studenci kierunków filologicznych musieli wybrać oczywiście inny niż studiowany język. No więc zapisałam się na lekcje przygotowujące do FCE. Przez jakiś czas chodziłam, ale potem trochę się to zmieniło ze względów finansowych i zabrałam się za naukę intensywnie w domu. 

No i teraz najlepsze... ;) Z moją wcale nieoszałamiającą znajomością języka angielskiego, chyba na jakimś trzecim roku studiów, dostałam pierwszą pracę w przedszkolach. Bardzo chciałam to robić, bo jak wiecie - uwielbiam dzieci, ale w ogóle nie zdawałam sobie sprawy na czym to polega. Wydawało mi się, że będzie łatwo, ten angielski jakoś tam ogarniam, dzieci lubię, będzie spoko. No nie było. Ale że nie o tym ten wpis, to nie będę wchodzić w szczegóły. Wróćmy do angielskiego. 
W związku z tym, że pracę dostałam, musiałam szybko zapisać się na FCE. Tak więc zrobiłam. Zapisałam się na edycję zimową i siadłam do przerabiania książki Ready for FCE.  Trochę bałam się tego speakingu, więc umawiałam się z koleżanką z filologii angielskiej na dodatkowe lekcje. Szło mi naprawdę dobrze i czułam się przygotowana.

Wszystko było po prostu świetnie do wieczoru przed egzaminem... To było jakoś w grudniu. Pracowałam wtedy też jako animatorka zabaw dla dzieci na różnych przedświątecznych eventach i tego właśnie wieczora przygotowywałyśmy salę na weekendowe mikołajki. Ze względu na egzamin mnie w sobotę miało nie być, ale w przygotowaniach udział musiałam brać. No i brałam dzielnie, aż do momentu jak zadzwoniła do mnie babcia (long story short - u której wtedy mieszkałam). Zadzwoniła z fantastyczną wiadomością, że było włamanie i musi siedzieć w domu, niczego nie ruszać aż do przyjazdu policji. To był naprawdę najgorszy przedegzaminacyjny wieczór, jaki tylko mógł mi się przytrafić. Policja była u nas w mieszkaniu do 2 w nocy, a my nawet nie mogłyśmy zacząć sprzątać dopóki wszystkiego nie sprawdzili, nie spisali zeznań itd. Na egzamin musiałam wstać następnego dnia ok. 6 i jechać na drugi koniec Warszawy - jakoś dałam radę. Wszystko zeszło ze mnie dopiero w autobusie w drodze powrotnej. Tak czy siak może nie z powalającym wynikiem, ale... ZDAŁAM! Po jakimś czasie jeszcze raz podeszłam do egzaminu, bo chciałam poprawić wynik na A :).

Potem jak wiecie kontynuowałam moją przygodę z nauczaniem przedszkolaków. Naprawdę bardzo się do tego przykładałam. Szlifowałam słownictwo, dbałam o wymowę i wierzcie lub nie, ale dzięki tej pracy nauczyłam się bardzo dużo także pod względem językowym. Oczywiście wciąż chodziłam na zajęcia dodatkowe, już pod kątem przygotowania do CAE.

Dwa lata temu poszłam na studia podyplomowe, na których zajęcia w większości były po angielsku i to pomogło mi jeszcze ten język podszlifować. Były to fantastyczne studia, na których wiele się nauczyłam, bo wiedziałam już co chcę robić i co z nich wyciągnąć. Jak może niektórzy z Was wiedzą ukończyłam je z wynikiem bardzo dobrym. Podobnie też określam dziś moją znajomość języka angielskiego ;).

3. Rosyjski

Rosyjskiego uczyłam się przez jakiś czas w podstawówce na zajęciach dodatkowych. Było całkiem fajnie, a ja nawet nieźle sobie radziłam. Ale trwało to na tyle krótko, że żadnych oszałamiających efektów z tego nie ma. W sumie przyznam, że rosyjski nie zawładnął moim sercem na tyle, by chcieć kontynuować ;).

4. Niemiecki

Tu za dużo się nie rozpiszę. Niemiecki to jedyny język, który (sama nie wiem czemu) nie wchodzi mi do głowy. Tak, jak już mogliście przeczytać wyżej - był to mój drugi język w liceum. Czemu? Tego nie wiem nikt! ;) W każdym razie jakbym się nie starała, wiecznie coś mi nie wychodziło. Byłam niemalże zagrożona, a może nawet byłam zagrożona (nie pamiętam aż tak dokładnie).

Na moje niepowodzenie mógł też mieć wpływ (powiedzmy) niezbyt dobry kontakt z nauczycielką, ale być może staram się niesłusznie obarczyć kogoś winą, podczas gdy to po prostu ja nie jestem stworzona do władania językiem niemieckim ;). Choć powiem Wam szczerze, że zastanawiam się często jakby to było teraz, czy wciąż byłaby to dla mnie taka czarna magia jak wtedy (?).

P.S. Po niemiecku umiem całe 4 zdania: przedstawić się, powiedzieć skąd pochodzę, że mam zepsuty aparat i że mam biegunkę (serio) ;).

5. Hiszpański

No i hiszpański! Trochę śmieszny to język, taki sepleniący, ale też pełen pasji ;). Lubię go, ale też niestety został przeze mnie zaniedbany... Zaczęłam się go uczyć jeszcze w podstawówce, chyba w jakiejś 4 klasie. Chodziłam razem z bratem do ambasady hiszpańskiej na zajęcia z Carmen - była super nauczycielką! Niestety po jakimś czasie wróciła do Hiszpanii... Zmieniło się miejsce zajęć i nauczyciel, którego imienia nie pamiętam. Pamiętam za to bardzo dobrze, jak denerwowałam się na mojego brata, że nie rozumie jak odmienia się czasowniki hiszpańskie z pierwszej grupy (czyli najprostsze, regularne czasowniki). Dla mnie to było tak oczywiste... Pewnie dlatego, że uczyłam się już od jakiegoś czasu francuskiego, a zasady były podobne. Ale mój brat jest młodszy i nie miał wtedy tylu doświadczeń z językami. Do tego jest raczej typem sportowca, a nie językowca ;). Na te zajęcia chodziliśmy chyba przez rok. I już po tym roku coś tam mi w głowie zostało, umiałam zaśpiewać kolędę, powiedzieć jak mam na imię, ile mam lat (takie tam banały ;P), odmienić kilka czasowników... Ogólnie bardzo mi się ten język spodobał.

Dlatego też będąc na studiach, nawet przez chwilę nie zastanawiałam się jaki język wybiorę w ramach lektoratu. Zajęcia z drugiego języka mieliśmy przez dwa lata. Pierwszy rok był super! Bardzo dużo sobie przypomniałam i wiele się nauczyłam. Mieliśmy fajnego nauczyciela, takiego "równego gościa". Niestety w drugim roku nauki wszystko się posypało... Ów nauczyciel trochę za bardzo skupił się na przygotowaniu wszystkich do zdania certyfikatu, o którym pisałam wyżej, na poziomie B2. Ale ja tak naprawdę po roku nauki, dwa razy w tygodniu, absolutnie nie czułam się na siłach by do niego podchodzić... A tu bardzo szybko szliśmy z materiałem do przodu, jak dla mnie trochę za szybko. Zaczęłam się w tym gubić, mieć gorsze wyniki no i się zniechęciłam... Dziś trochę żałuję. Może jakbym miała inne podejście to inaczej by się to skończyło. W każdym razie to mój trzeci ulubiony język i jakbym tylko miała więcej czasu i funduszy, to bardzo chciałabym się go jeszcze pouczyć :).

Może i Wy macie ochotę podzielić się swoimi doświadczeniami z nauką języków? Jeżeli tak, zachęcam do napisania kilku zdań w komentarzach.

See you!
M.


Sharing Days vol. 1 :)

czwartek, 25 września 2014 17:44

Dziś post, w którym chciałbym podzielić się z Wami linkami do innych blogów językowych. Post powstał w ramach akcji Sharing Days - wspólna inicjatywa anglistów blogerów i mam nadzieję, że dzięki niemu więcej osób pozna świetne blogi, o których tu piszę. Jak się okazuje jest ich całkiem sporo, nawet ja nie wiedziałam o istnieniu niektórych, więc akcja już jakieś efekty przyniosła ;).

Zachęcam do zapoznania się z krótkimi opisami blogów, odwiedzania ich i korzystania ze świetnych pomysłów moich koleżanek po fachu!


1. www.englishwithlittleant.wordpress.com - od razu powiem Wam, że to blog inicjatorki całej tej akcji, za którą myślę, że my wszyscy, autorzy blogów, jesteśmy jej wdzięczni - pomysł naprawdę był świetny! Podobnie zresztą jak blog English with Little Ant :). Znajdziecie tam pomysły na domowe lekcje języka angielskiego dla dzieci, recenzje książek i materiałów dydaktycznych, wskazówki dotyczące nauczania angielskiego i wiele innych ciekawych rzeczy - zajrzyjcie koniecznie :).

2. www.englishmyway.pl - blog, na którym znajdziecie mnóstwo różnych wpisów, jednak uszeregowanych w kategorie tak, by trafić prosto do tego, co akurat Was interesuje. Co ciekawe, Ania jako zwolenniczka technik szybkiego uczenia się i zapamiętywania "karmi" czytelników nie tylko wpisami stricte dotyczącymi nauczania języka, ale także wskazówkami nt. tego "co lubią kinestetycy" czy "wzrokowcy", jak ćwiczyć mózg lub wykorzystywać mnemotechniki w nauce. Coś zarówno "dla nauczyciela" i "dla ucznia" :).

3. www.english-nook.blogspot.com - na tym blogu znajdziecie naprawdę cenne wskazówki dotyczące pracy z dziećmi w wieku szkolnym. Tak, Ania rozwiała niejedną moją wątpliwość dotyczącą tego jak zabrać się za nauczanie w pierwszej klasie szkoły podstawowej :). Znajdziecie u Niej niejeden inspirujący wpis dotyczący pomysłów na lekcje, propozycji gier i zabaw, organizacji własnej pracy, a także recenzje książek zarówno dla dzieci i nauczycieli.

4. www.agatarybus.pl - o blogu Agaty zdarzyło mi się już wspomnieć, m. in. przy okazji jej wpisu nt. Young Learners Resource Center :). Jeżeli szukacie więcej informacji dotyczących tego, co każdy nauczyciel powinien znać lub o czym powinien wiedzieć, a także inspiracji i pomysłów na lekcje - zajrzyjcie! 

5. www.full-time-teacher.blogspot.com - blog prowadzony przez Mamę dwójki uroczych dzieci :) Znajdziecie tam propozycje dotyczące nauki angielskiego oraz rozwijających i kreatywnych zabaw - niektóre naprawdę świetne! 

6. www.lasubmersion.blogspot.com - blog dla wszystkich, którzy dają lekcje indywidualne. Znajdziecie tam nie tylko posty poświęcane nauczaniu języka, ale także praktyczne porady dotyczące korepetycji :).

7. www.mrskalisz.blogspot.co.uk - świeży blog, który ma na celu porównanie edukacji w Polsce i w Wielkiej Brytanii. Bardzo przydatny dla kogoś, kto chciałby spróbować swoich sił ucząc za granicą :).

8. www.angdlakazdego.blogspot.com - kolejny blog z pomysłami na zajęcia dla dzieci i nie tylko. Znajdziecie tu także pomysły na zajęcia indywidualne, recenzje książek, polecane pomoce dydaktyczne. A to wszystko w nowej odsłonie, bo Iza właśnie przeniosła swojego bloga na nowy portal :).

9. www.anglokids.pl - blog dla nauczycieli języka angielskiego, w którym cześć postów poświęcona jest tzw. TIK, czyli technologii informacyjno-komputerowej. Znajdziecie tam linki do ciekawych stron, m. in. z książeczkami czy programami dostępnymi online.

10. www.english24na7.blogspot.com - czyli zbiór praktycznych porad przydatnych każdemu nauczycielowi :).

11. www.jezykinawesolo.blogspot.com - tym razem nie tylko o angielskim, ale także niemieckim. Znajdziecie tu pomysły na lekcje, gry i zabawy w tych dwóch językach.

12. www.hummingbirdels.blogspot.com - u Darii też bardzo praktycznie i twórczo ;). Znajdziecie tam propozycje zabaw, gier, prac plastycznych dla dzieci w wieku przedszkolnym i wczesnoszkolnym (dlatego sama chętnie tam zaglądam!).

13. www.korkianimatorki.blogspot.com - tym razem zacznę od nazwy - jest super, pomysłowa i zapada w pamięć - Autorko, good job! ;) No ale przejdźmy już do bloga - poświęcony nie tylko nauczaniu języka angielskiego, ale także pełen różnych innych ciekawych pomysłów na zabawy i spędzanie czasu z dziećmi.

14. www.hangielski.blogspot.com - bloga Hani wcześniej nie znałam i naprawdę bardzo się cieszę, że się to wreszcie zmieniło! Nie ma tam może jeszcze masy wpisów, ale za to w KAŻDYM znajdziecie pomysły zdecydowanie warte wykorzystania! Blog dla nauczycieli pracujących z dziećmi w wieku przedszkolnym i wczesnoszkolnym :).


W przypadku dwóch ostatnich blogów muszę przyznać, że ich  tematyka jest mi zupełnie obca. Jeżeli jednak pracujecie z dorosłymi albo po prostu chcecie poczytać ciekawe publikacje dotyczące nauki języka angielskiego (także po angielsku), zapraszam Was do odwiedzenia! :)

15. www.luczak.edu.pl - Znajdziecie tam artykuły, materiały na zajęcia i rozważania o ESP, a zwłaszcza ELP (English for Legal Purposes).

16. www.englishforlaw.edublogs.org - blog dla studentów prawa i nie tylko z wpisami w języku angielskim


I love sharing! :)
M.





Make your own monster

niedziela, 21 września 2014 12:57

Kolejny super pomysł na ćwiczenie nazw części ciała/twarzy to tworzenie własnego potworka. Niby oklepane, ale za to na ile sposobów można ten pomysł wykorzystać. Dzieci mogą rysować, rzucać kostką, układać puzzle... Na pewno tak chętniej będą uczyły się nowych słówek niż oglądając w kółko te same flashcards (nie wiem jak u Was, ale u mnie przy angielskim 5 razy w tygodniu, trzeba mieć naprawdę niejednego asa w rękawie, by utrzymać zainteresowanie dzieci na stałym poziomie ;). Ten pomysł super sprawdzi się także na halloweenowych lekcjach :).



My body - flashcards and PP presentation

sobota, 20 września 2014 09:58


Dalej pozostaję w tematyce części ciała. Dziś mam dla Was prezentację do pobrania (tu) oraz gotowe do wydruku flashcards, które wykorzystywałam ostatnio w grupach 3-latków. Dlatego też taki, a nie inny dobór słów. Trzy pierwsze (eyes, ears, mouth) pojawiają się w pierwszym rozdziale Hello Cheeky, ale że moje 3-latki (większość już w 2-latkach miała ze mną zajęcia 5 razy w tygodniu) opanowują to wyjątkowo szybko, rozszerzyłam im słownictwo o to pojawiające się w piosence One Little Finger z repertuaru SSS :).


My favourite body parts songs

czwartek, 18 września 2014 18:47

Każdy rok zaczynamy od nauki o częściach ciała. Dziś mam dla Was kilka z moich ulubionych piosenek, które cieszą się dużym powodzeniem także u dzieci :).

Head, shoulders, knees and toes w wersji od Kiboomu Kids - super dla starszych przedszkolaków! Wersy śpiewane najszybciej sprawiają im oczywiście najwięcej frajdy, mimo że nie do końca nadążają ;). Mi najbardziej podoba się oryginalna melodia.




My first lessons (4- and 5-year-olds)

wtorek, 16 września 2014 19:08

Ostatnio były pomysły na pierwsze lekcje dla 2- i 3-latków, dziś pora na starsze dzieci, które już w większości przypadków całkiem nieźle radzą sobie z angielskim :).

Pierwsze lekcje w tych grupach odbyły się u mnie pod znakiem 7 ;). Nie wiem dlaczego, ale jakoś wyjątkowo przypasowała mi piosenka "Seven steps" w wersji Super Simple Learning i tak jakoś poszło... ;). 



My first lessons (2- and 3-year-olds)

niedziela, 7 września 2014 13:01

Musze przyznać, że pierwsze lekcje w przedszkolu w tym roku wyszły jakoś wyjątkowo dobrze (chyba byłam tak stęskniona za ich prowadzeniem, że nie mogło być inaczej ;). Właściwie są to takie zajęcia, które można poprowadzić w dowolnym momencie roku, także może ktoś z Was jeszcze z skorzysta z tych pomysłów.

Dziś 2- i 3-latki. W naszym przedszkolu dzieci 3-letnie mają co prawda dłuższe zajęcia niż 2-latki i zaczynają już pracować z książką Hello Cheeky, jednak pierwsze lekcje nie różniły się w tych grupach bardzo. Do grup 3-latków doszły nowe dzieci i przydał im się tydzień na rozruszanie (niektórym pewnie przyda się jeszcze trochę czasu, no ale program się sam nie zrealizuje ;)).