French, English, Russian, German, Spanish...

piątek, 26 września 2014 11:33


Witajcie! Dziś z okazji Europejskiego Dnia Języków wpis trochę nietypowy, bo niepoświęcony nauczaniu, a przynajmniej nie nauczaniu przeze mnie ;). Opowiem Wam o tym jakich języków, w ciągu mojego nie tak krótkiego już życia, uczyłam się ja i co z tego wyszło :).

1. Francuski

Tak, to właśnie francuski jest (albo był) moim tzw. drugim językiem. Uczyłam się go od 1 klasy podstawówki - tak wybrała Mama. W sumie jakbym była nią to myślę, że mogłabym zrobić podobnie. Doszła po prostu do wniosku, że angielskiego i tak się prędzej czy później nauczę. I miała rację! A dzięki temu, że przygodę z takim trudnym językiem jak francuski zaczęłam tak wcześnie, to jego opanowanie przyszło mi całkiem łatwo. 

W podstawówce wręcz, powiem nieskromnie, szło mi świetnie. Od 1 klasy podstawówki do (chyba) 2 gimnazjum (tak, byłam pierwszym rocznikiem, któremu wprowadzili gimnazjum) mieliśmy jedną nauczycielkę, która szczerze powiedziawszy wpasowywała się w stereotypy i już zawsze gdy pomyślę "nauczycielka od francuskiego", będę miała jej obraz przed oczami. Ciężko to nawet opisać, ta kobieta po prostu żyła w swoim, francuskojęzycznym świecie ;). Czy była dobrym nauczycielem, sama nie wiem, czegoś tam nas nauczyła, a przynajmniej mnie. Nigdy nie zapomnę jak w 3 klasie gimnazjum przyszła nowa nauczycielka (której nawet imienia nie pamiętam) i zrobiła nam sprawdzian z koniugacji czasowników nieregularnych, Dostałam z niego 6. Jak dziś o tym pomyślę, to nie było to wcale aż tak trudne wykuć ileś tam czasowników w różnych formach na pamięć, a jednak byłam z tego bardzo dumna. Zwłaszcza, że owa nauczycielka powiedziała mi potem, że naprawdę mam potencjał i powinnam swoją przygodę z francuskim kontynuować. Tak też się stało. W liceum poszłam do klasy o tzw. profilu DELF, czyli z rozszerzonym francuskim, po której skończeniu powinnam iść i zdać bez większego problemu egzamin certyfikujący. Tak się jednak nie stało. Poziom francuskiego jak na to, że byłam w takiej a nie innej klasie był rażąco niski... Po roku poszłam zdawać pierwszą część egzaminu DELF (nawet nie wiem jak to się ma teraz do tych wszystkich A, B, C...) z własnej nieprzymuszonej woli i właściwie korzystając z wiedzy, którą wyniosłam z gimnazjum, bo wierzcie mi - nie z liceum... Udało się! Ale do kolejnych prób już nie podeszłam, bo ucząc się w liceum, czułam wszystko, ale na pewno nie to, że robię jakiś progres...

Mimo wszystko francuski wciąż był językiem, w którym czułam się pewniej, dlatego też wybrałam go jako język, który chciałam zdawać na maturze.  Muszę przyznać się do czegoś, z czego w sumie dumna nie jestem, a mianowicie, że w liceum to szłam raczej po najmniejszej linii oporu - nauka nie należała wtedy do moich ulubionych zajęć, a dobrze zdana matura nie była moim priorytetem. No i chyba właśnie dlatego najlepiej poszła mi część językowa - nie trzeba było się do niej jakoś specjalnie uczyć, albo się miało ten język w miarę opanowany albo nie...

Mojego podejścia pożałowałam pierwszy raz jak przyszło do składania papierów na studia. Okazało się, że nie mam zbyt dużego wyboru. Mama chciała, żebym spróbowała swoich sił na psychologii, ale moje wyniki maturalne mówiły raczej "zapomnij", ja z kolei myślałam o zarządzaniu, bo chyba przyjmowali tam dużo osób i widziałam jakiś cień szansy. Na szczęście (mówię to całkiem szczerze!) przytomnie pomyślałam też o filologii. Mimo że wtedy nie wiedziałam jeszcze z czym to właściwie się je, złożyłam papiery na romanistykę na UW. No i dostałam się! 

Potem dopiero okazało się jak ciężkie lata będę miała przed sobą ;). No naprawdę muszę powiedzieć, że lekkie to te studia nie były, ale dałam radę! Mimo, że zajęło to 6, a nie 5 lat jestem dziś magistrem filologii romańskiej i naprawdę jestem z tego dumna. By trochę to zobrazować, powiem Wam, że na roku zaczynało ze mną ok 70 osób (łącznie na wieczorowych i dziennych studiach), a skończyło chyba z 25. Także sam fakt wytrwania do końca można uznać za swój osobisty sukces.

Tak więc francuski znam :). Przez większość studiów wykorzystywałam to intensywnie i udzielałam korepetycji. Jednak od jakiegoś czasu trochę go zaniedbałam na rzecz angielskiego i wciąż myślę, że powinnam to zmienić. Ale z braku czasu i funduszy (są inne priorytety, np. zakupy w Tigerze ;P) póki co się nie udało.

2. Angielski


Sama często się zastanawiam gdzie ja się właściwie tego angielskiego nauczyłam. Bo nie w podstawówce, gdzie miałam francuski ani nie w liceum, gdzie (UWAGA!) jako drugi język w klasie DELFowskiej dali nam (God knows why...) niemiecki. Szkolny angielski miałam jedynie w gimnazjum, przez 3 lata po 2 godziny tygodniowo i, jak sami możecie się domyśleć, oszałamiających efektów to nie przyniosło. Potem w liceum chodziłam trochę na zajęcia do szkoły językowej, ale chyba dopiero na studiach wzięłam się za to naprawdę poważnie. 

Jak to często bywa, listening czy reading nie były dla mnie od jakiegoś czasu większym problem. Jakoś tak już mam, że niewiele mi trzeba do opanowania sprawności receptywnych. Gorzej było z produkcją, a z gramatyką to już w ogóle masakra... A na studiach, przynajmniej na UW, bodajże po trzecim roku trzeba było zdać egzamin z języka na poziomie B2. Studenci kierunków filologicznych musieli wybrać oczywiście inny niż studiowany język. No więc zapisałam się na lekcje przygotowujące do FCE. Przez jakiś czas chodziłam, ale potem trochę się to zmieniło ze względów finansowych i zabrałam się za naukę intensywnie w domu. 

No i teraz najlepsze... ;) Z moją wcale nieoszałamiającą znajomością języka angielskiego, chyba na jakimś trzecim roku studiów, dostałam pierwszą pracę w przedszkolach. Bardzo chciałam to robić, bo jak wiecie - uwielbiam dzieci, ale w ogóle nie zdawałam sobie sprawy na czym to polega. Wydawało mi się, że będzie łatwo, ten angielski jakoś tam ogarniam, dzieci lubię, będzie spoko. No nie było. Ale że nie o tym ten wpis, to nie będę wchodzić w szczegóły. Wróćmy do angielskiego. 
W związku z tym, że pracę dostałam, musiałam szybko zapisać się na FCE. Tak więc zrobiłam. Zapisałam się na edycję zimową i siadłam do przerabiania książki Ready for FCE.  Trochę bałam się tego speakingu, więc umawiałam się z koleżanką z filologii angielskiej na dodatkowe lekcje. Szło mi naprawdę dobrze i czułam się przygotowana.

Wszystko było po prostu świetnie do wieczoru przed egzaminem... To było jakoś w grudniu. Pracowałam wtedy też jako animatorka zabaw dla dzieci na różnych przedświątecznych eventach i tego właśnie wieczora przygotowywałyśmy salę na weekendowe mikołajki. Ze względu na egzamin mnie w sobotę miało nie być, ale w przygotowaniach udział musiałam brać. No i brałam dzielnie, aż do momentu jak zadzwoniła do mnie babcia (long story short - u której wtedy mieszkałam). Zadzwoniła z fantastyczną wiadomością, że było włamanie i musi siedzieć w domu, niczego nie ruszać aż do przyjazdu policji. To był naprawdę najgorszy przedegzaminacyjny wieczór, jaki tylko mógł mi się przytrafić. Policja była u nas w mieszkaniu do 2 w nocy, a my nawet nie mogłyśmy zacząć sprzątać dopóki wszystkiego nie sprawdzili, nie spisali zeznań itd. Na egzamin musiałam wstać następnego dnia ok. 6 i jechać na drugi koniec Warszawy - jakoś dałam radę. Wszystko zeszło ze mnie dopiero w autobusie w drodze powrotnej. Tak czy siak może nie z powalającym wynikiem, ale... ZDAŁAM! Po jakimś czasie jeszcze raz podeszłam do egzaminu, bo chciałam poprawić wynik na A :).

Potem jak wiecie kontynuowałam moją przygodę z nauczaniem przedszkolaków. Naprawdę bardzo się do tego przykładałam. Szlifowałam słownictwo, dbałam o wymowę i wierzcie lub nie, ale dzięki tej pracy nauczyłam się bardzo dużo także pod względem językowym. Oczywiście wciąż chodziłam na zajęcia dodatkowe, już pod kątem przygotowania do CAE.

Dwa lata temu poszłam na studia podyplomowe, na których zajęcia w większości były po angielsku i to pomogło mi jeszcze ten język podszlifować. Były to fantastyczne studia, na których wiele się nauczyłam, bo wiedziałam już co chcę robić i co z nich wyciągnąć. Jak może niektórzy z Was wiedzą ukończyłam je z wynikiem bardzo dobrym. Podobnie też określam dziś moją znajomość języka angielskiego ;).

3. Rosyjski


Rosyjskiego uczyłam się przez jakiś czas w podstawówce na zajęciach dodatkowych. Było całkiem fajnie, a ja nawet nieźle sobie radziłam. Ale trwało to na tyle krótko, że żadnych oszałamiających efektów z tego nie ma. W sumie przyznam, że rosyjski nie zawładnął moim sercem na tyle, by chcieć kontynuować ;).

4. Niemiecki


Tu za dużo się nie rozpiszę. Niemiecki to jedyny język, który (sama nie wiem czemu) nie wchodzi mi do głowy. Tak, jak już mogliście przeczytać wyżej - był to mój drugi język w liceum. Czemu? Tego nie wiem nikt! ;) W każdym razie jakbym się nie starała, wiecznie coś mi nie wychodziło. Byłam niemalże zagrożona, a może nawet byłam zagrożona (nie pamiętam aż tak dokładnie).

Na moje niepowodzenie mógł też mieć wpływ (powiedzmy) niezbyt dobry kontakt z nauczycielką, ale być może staram się niesłusznie obarczyć kogoś winą, podczas gdy to po prostu ja nie jestem stworzona do władania językiem niemieckim ;). Choć powiem Wam szczerze, że zastanawiam się często jakby to było teraz, czy wciąż byłaby to dla mnie taka czarna magia jak wtedy (?).

P.S. Po niemiecku umiem całe 4 zdania: przedstawić się, powiedzieć skąd pochodzę, że mam zepsuty aparat i że mam biegunkę (serio) ;).

5. Hiszpański


No i hiszpański! Trochę śmieszny to język, taki sepleniący, ale też pełen pasji ;). Lubię go, ale też niestety został przeze mnie zaniedbany... Zaczęłam się go uczyć jeszcze w podstawówce, chyba w jakiejś 4 klasie. Chodziłam razem z bratem do ambasady hiszpańskiej na zajęcia z Carmen - była super nauczycielką! Niestety po jakimś czasie wróciła do Hiszpanii... Zmieniło się miejsce zajęć i nauczyciel, którego imienia nie pamiętam. Pamiętam za to bardzo dobrze, jak denerwowałam się na mojego brata, że nie rozumie jak odmienia się czasowniki hiszpańskie z pierwszej grupy (czyli najprostsze, regularne czasowniki). Dla mnie to było tak oczywiste... Pewnie dlatego, że uczyłam się już od jakiegoś czasu francuskiego, a zasady były podobne. Ale mój brat jest młodszy i nie miał wtedy tylu doświadczeń z językami. Do tego jest raczej typem sportowca, a nie językowca ;). Na te zajęcia chodziliśmy chyba przez rok. I już po tym roku coś tam mi w głowie zostało, umiałam zaśpiewać kolędę, powiedzieć jak mam na imię, ile mam lat (takie tam banały ;P), odmienić kilka czasowników... Ogólnie bardzo mi się ten język spodobał.

Dlatego też będąc na studiach, nawet przez chwilę nie zastanawiałam się jaki język wybiorę w ramach lektoratu. Zajęcia z drugiego języka mieliśmy przez dwa lata. Pierwszy rok był super! Bardzo dużo sobie przypomniałam i wiele się nauczyłam. Mieliśmy fajnego nauczyciela, takiego "równego gościa". Niestety w drugim roku nauki wszystko się posypało... Ów nauczyciel trochę za bardzo skupił się na przygotowaniu wszystkich do zdania certyfikatu, o którym pisałam wyżej, na poziomie B2. Ale ja tak naprawdę po roku nauki, dwa razy w tygodniu, absolutnie nie czułam się na siłach by do niego podchodzić... A tu bardzo szybko szliśmy z materiałem do przodu, jak dla mnie trochę za szybko. Zaczęłam się w tym gubić, mieć gorsze wyniki no i się zniechęciłam... Dziś trochę żałuję. Może jakbym miała inne podejście to inaczej by się to skończyło. W każdym razie to mój trzeci ulubiony język i jakbym tylko miała więcej czasu i funduszy, to bardzo chciałabym się go jeszcze pouczyć :).

Może i Wy macie ochotę podzielić się swoimi doświadczeniami z nauką języków? Jeżeli tak, zachęcam do napisania kilku zdań w komentarzach.

See you!
M.


4 komentarze:

  1. FANTASTYCZNY post!! Uwielbiam takie wpisy nauczycieli - a ponieważ tak ich mało, musiałam sama zacząć je tworzyć :)
    Podziwiam Cię za Twój dar do języków, ale ten francuski bije wszystko na głowę! - zwłaszcza, że ja go nie cierpię, straszne miałam przejścia z nim. Chyba za rok też się podzielę moimi przygodami z językami, ale nie będą tak imponujące jak Twoje ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki!
      Ale szczerze powiedziawszy nie jest to jakiś imponujący wynik znać 2 języki, przydałoby się podszlifować hiszpański :). A z francuskim pewnie masz tak, jak ja z niemieckim ;)

      Usuń
  2. Zgadzam się z Rubellą, fajny wpis :). Bardzo lubię czytać o językowych przygodach i przejściach ;) innych osób. Strasznie Ci zazdroszczę tego francuskiego, ja się jakoś nigdy nie mogłam z nim sensownie ogarnąć i cały czas liczę na wenę ;) a w ogóle widzę, że jesteśmy z tego samego rocznika :)))

    OdpowiedzUsuń
  3. U mnie sprawa wygląda tak, że w podstawówce nie znosiłam angielskiego (pan od angielskiego ciągle na nas krzyczał i denerwował się, ze czegoś nie rozumieliśmy, a do tego moja starsza o 6 lat siostra ciągle dokuczała mi, że ona zna angielski, a ja nie, więc się baaaardzo mocno zniechęciłam). Na szczęście mieszkałam wtedy w malutkiej wiosce, gdzie nikt nie chciała uczyć. Gdzie tu szczęście? W drugiej gimnazjum zabrakło nam nauczyciela od angielskiego i było wiadomo, ze nikogo szkoła nie znajdzie, więc moja mama postanowiła wysłać mnie do szkoły językowej na angielski (nie chciałam na początku, ale teraz się cieszę, że trochę mnie przycisnęła wtedy). Chodziłam tam dwa lata i to tam się wszystkiego nauczyłam. W końcu zauważyłam, że robię jakieś postępy, a nauczyciele tam podnieśli moją samoocenę i idąc do liceum miałam wrażenie, że mogę po angielsku powiedzieć wszystko. Wybrałam klasę językową: 9 godzin angielskiego i niemieckiego w tygodniu. Okazało się, że jest dużo innych osób, które znają angielski lepiej ode mnie, co mnie zdziwiło :P Poczułam się mniej pewnie, ale nie przeszkadzało mi to w rozwijaniu umiejętności językowych. Niemieckiego nie miałam nigdy wcześniej, ale dzięki super nauczycielce po trzech latach w liceum mój niemiecki dorównywał angielskiemu. Nadal są mniej więcej na równym poziomie, ale mimo wszystko angielski jest u mnie bardziej naturalny. Kończę teraz trzeci rok studiów, na których uczyłam się angielskiego i niemieckiego na tym samym poziomie. Muszę jednak przyznać, że lepsi nauczyciele to ci od angielskiego i moze dlatego mój niemiecki jest teraz delikatnie w tyle. Ale wiem, że nie pozwolę sobie na całkowite zaniedbanie, bo mimo wszystko bardzo lubię ten język ;) Na studiach miałam możliwość wybrania lektoratu z hiszpańskiego lub francuskiego. Ogromny dylemat, ale zdecydowałam się na hiszpański, bo podobno łatwiejszy (a na studiach i tak miałam ogrom pracy, więc stąd ta decyzja). Przez dwa lata miałam hiszpański raz w tygodniu. Zajęcia były prowadzone w takim tempie, że do tej pory nie ogarniam, ale wiem, że to nadrobię, bo baaardzo mi się ten język spodobał. Do tego umiem już coś tam o sobie powiedzieć, o swojej przeszłości i o planach na przyszłość, dlatego jak będę miała więcej czasu i funduszy, to zapiszę się na kurs hiszpańskiego, albo po prostu sama do niego usiądę :D Na własną rękę uczę się też japońskiego, ale znam tylko dwa alfabety i umiem się przedstawić i powiedzieć kim jestem :P Może kiedyś coś jeszcze z tym zrobię :P

    OdpowiedzUsuń